piątek, 30 sierpnia 2013

Intuicja

Intuicja podpowiedziała mi żeby zapisać April na treningowe zawody. I zapisałam. Raz się żyje.


Haha, no cóż podjęłam dość spontaniczną decyzje, ale mamy na celu dobrze się bawić (pomimo disów których wyczuwam wiele;))

Zawody te odbywają się przy okazji CACiB Wrocław, na którym jestem co roku od 4 lat. Uwielbiam jeździć na tę wystawę! Można powiedzieć, że mam do niej sentyment, bo była pierwszym wydarzeniem kynologicznym na którym byłam. Z góry założyłam, że w tym roku tak jak i w zeszłym wystawie Api, jednak moje plany zmieniło wydarzenie na facebook`u. Jak można się domyślić - wydarzenie to było po święcone właśnie tym zawodom. Nie miałam żadnej rozterki ani dylematu, sprawa była jasna. Biorę udział w zawodach nie w wystawie. No ale w miarę możliwości postaramy się kibicować naszym na ringu.

I jeszcze z radością donoszę - Api ma piękne, zdrowe stawy!

HD: A
ED: 0/0

POZDRAWIAMY!
Gabi, April, Kaja.

środa, 28 sierpnia 2013

Warszawskie przygody cz. 2

Przyszła i pora na drugą część warszawskich przygód.

Środę przeżyłyśmy pod znakiem oglądania seriali i zakrapiania rany gdyż cały czas PADAŁO! No myślałam już że zwariuje, całe szczęście nie miałyśmy na ten dzień żadnych planów. O 11 wyszłyśmy na spacerek a kolejne 5 minutowe wyjście zaliczyłyśmy dopiero o 21, także Api miała szanse wykazać się żelaznym pęcherzem.

Czwartek za to był bardzo mile spędzonym dniem, ale zarówno super spontanicznym. Rano miałam nie całe pół godziny na ogarniecie się przed wyjściem, ponieważ otwierając rano laptopa nie spodziewałam się, że pojedziemy tego przedpołudnia do Parku Skaryszewskiego. Jedak jak się okazało, odwołany wcześniej spacerek miał teraz szanse dojść do skutku więc ja jak najbardziej się zgodziłam. A spacerowałyśmy sobie z Natalią i Ginną, oraz naszymi canonami, a o to kilka efektów:






Byłam mile zaskoczona tym parkiem. Cisza spokój, mało ludzi i psów (raczej przeważały tam mamy z dziećmi w wózkach). Jedynym minusem tego parku były jak dla mnie wiewiórki. Tak, Api ciężko jest się opanować gdy widzi małe uciekające coś. Tamtejsze wiewiórki były jednak przyzwyczajone do ludzi i psów, więc jak czmychały na drzewa to nie chowały się szybko w liściach czy gałęziach tylko zatrzymywały się w połowie drogi i skierowane głową w dół przyglądały się szyderczo Aprilce, która zirytowana próbowała wspiąć się na drzewo. 

Frisbee tego dnia nie szło nam najlepiej. Api wariowała, pewnie spowodowane było to wszechobecnym zapachem wiewiórek i innych dzikich zwierzątek jednak kilka epickich fotem mamy. Autorstwa Natalii Śliwińskiej:





I portreciki oczywiście ;)


 

Nie obyło się oczywiście bez wodowania.



Niestety reszta naszych planów nie wypaliła, bo przedwcześnie musiałyśmy wrócić do domu. Wyjechałyśmy już w czwartek.

Podsumowując - Warszawa wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie, polubiłam to miasto chociaż nie raz się w nim pogubiłam. Na pewno było to ciekawe doświadczenie i chętnie taki wypad bym powtórzyła. No zobaczymy jak to będzie.

POZDRAWIAMY!
Gabi, April, Kaja.

sobota, 24 sierpnia 2013

Warszawskie przygody cz. 1

Tak więc wróciłyśmy z kilku dniowej wycieczki po stolicy. Było to super zakończenie wakacji, poznawanie nowych ludzi, psów, nowego miasta, nowych terenów. Post opisujący pobyt tam postanowiłam podzielić na dwie części. Głownie dlatego, ze nie chce pisać tasiemca (w dodatku z masą zdjęć). Tak więc do dzieła!

Przyjechałyśmy w niedziele wieczorem. Urzędowałyśmy na Mokotowie u mojego wujka. Miejscówka bardzo fajna, blisko parku Morskie oko, niedaleko Pól Mokotowskich i z całkiem 'przyjaznym' dojazdem do centrum.

Pierwszego dnia w poniedziałek tylko spacerowałyśmy po okolicy. Rano w parku było pokaźne grono pieseczków więc siedziałyśmy tam jakieś dobre dwie godziny. Api się bawiła, a ja gawędziłam z innymi właścicielami. Porobiłam też trochę fotek, dla odmiany - swojemu psu, bo ostatnio jakoś nie było okazji i głównie pozowały mi inne czworonogi.



Jak większość ludzi w Warszawie mieszkałyśmy w mieszkaniu. Ja od zawsze mieszkałam w domu na wsi, więc była to dla nas pewna odmiana. Gdy pies musiał wyjść za potrzebą nie dało rady wypuścić go po prostu na podwórko, którego tam nie było, należało pofatygować się razem z nim na dwór. 

Poniedziałek więc upłynął nam spokojnie i na luzie, za to wtorek był niezaprzeczalnie pełen wrażeń! Rano zaliczyłyśmy spacerek w 'naszym' parku a po południu spotkanie z bratem na Polach Mokotowskich:


 


Spacerek śmiało zaliczam do udanych. Fajnie było poznać już 3 dzieciaczka Dory. Kazan jest ogromny, puchaty i przesłodki. Ewidentnie poszedł po tatusiu, a April natomiast wzrostowo przypomina mamusie. Rodzeństwo świetnie się dogadało i bawiło.

Najsłodsze!!!






Z PM wróciłyśmy zmęczone, po tym jak uciekł nam autobus, a ja nie mogłam zdecydować się w którą stronę powinnam iść. Jednak nie był to jeszcze koniec wrażeń tego dnia.

Gdy wujek wieczorem wrócił do domu głaskając Aprilkę zauważył bardzo niepokojące rozcięcie. Znajdowało się ono (i dalej znajduje) za prawą przednią łapą. Nie było to po prostu przecięcie, otarcie czy coś podobnie delikatnego, to było... w sumie nie wiem jak to opisać, żeby nie brzmiało to brutalnie... było to poważniejsze rozcięcie, które według wujka wymagało szycia. Poszliśmy więc do weterynarza (była godzina 20:00) na szczęście lecznica była bardzo blisko. Czekaliśmy niecałą godzinę między ludźmi z kotami, umierającym starym pieskiem (*) i owczarkiem niemieckim. Eh.. jak ja nie lubię chodzić do weterynarza. Przed 21:00 nadeszła i nasza kolei. Wet od samego początku wydawał się ogarnięty i wykwalifikowany. Obejrzał ranę Aprilki i stwierdził że powstała ona już dobre kilka dni temu i nie nadaje się do szycia gdyż jest za płytka (uff). Podał Api zastrzyk przeciw zapalny, wygolił miejsce w okół rany i zalecił zalewanie jej Ryvanolem kilka razy dziennie. Aktualnie widać że rana się goi. 

Jednak wciąż nie wiem gdzie ona mogła się tak załatwić. Nie brała udziału w żadnej bójce a nie sądzę żeby jakiś pies zrobił jej to przez przypadek. Dziwne, że ja też niczego nie zauważyłam, ale w sumie Api zachowała się jakby nigdy nic - biegała, skakała, bawiła się a nawet pływała i nie wykazywała przy tych czynnościach żadnych oznak bólu. Humor też jak zwykle jej nie opuszczał. Dziwie się też jak mój wujek to wykrył ponieważ w takim futrze nie jest łatwo cokolwiek znaleźć. 

Myślę że tym akcentem zakończę pierwszą część warszawskich przygód. Już wkrótce więcej!

POZDRAWIAMY!
Gabi, April, Kaja.