sobota, 24 sierpnia 2013

Warszawskie przygody cz. 1

Tak więc wróciłyśmy z kilku dniowej wycieczki po stolicy. Było to super zakończenie wakacji, poznawanie nowych ludzi, psów, nowego miasta, nowych terenów. Post opisujący pobyt tam postanowiłam podzielić na dwie części. Głownie dlatego, ze nie chce pisać tasiemca (w dodatku z masą zdjęć). Tak więc do dzieła!

Przyjechałyśmy w niedziele wieczorem. Urzędowałyśmy na Mokotowie u mojego wujka. Miejscówka bardzo fajna, blisko parku Morskie oko, niedaleko Pól Mokotowskich i z całkiem 'przyjaznym' dojazdem do centrum.

Pierwszego dnia w poniedziałek tylko spacerowałyśmy po okolicy. Rano w parku było pokaźne grono pieseczków więc siedziałyśmy tam jakieś dobre dwie godziny. Api się bawiła, a ja gawędziłam z innymi właścicielami. Porobiłam też trochę fotek, dla odmiany - swojemu psu, bo ostatnio jakoś nie było okazji i głównie pozowały mi inne czworonogi.



Jak większość ludzi w Warszawie mieszkałyśmy w mieszkaniu. Ja od zawsze mieszkałam w domu na wsi, więc była to dla nas pewna odmiana. Gdy pies musiał wyjść za potrzebą nie dało rady wypuścić go po prostu na podwórko, którego tam nie było, należało pofatygować się razem z nim na dwór. 

Poniedziałek więc upłynął nam spokojnie i na luzie, za to wtorek był niezaprzeczalnie pełen wrażeń! Rano zaliczyłyśmy spacerek w 'naszym' parku a po południu spotkanie z bratem na Polach Mokotowskich:


 


Spacerek śmiało zaliczam do udanych. Fajnie było poznać już 3 dzieciaczka Dory. Kazan jest ogromny, puchaty i przesłodki. Ewidentnie poszedł po tatusiu, a April natomiast wzrostowo przypomina mamusie. Rodzeństwo świetnie się dogadało i bawiło.

Najsłodsze!!!






Z PM wróciłyśmy zmęczone, po tym jak uciekł nam autobus, a ja nie mogłam zdecydować się w którą stronę powinnam iść. Jednak nie był to jeszcze koniec wrażeń tego dnia.

Gdy wujek wieczorem wrócił do domu głaskając Aprilkę zauważył bardzo niepokojące rozcięcie. Znajdowało się ono (i dalej znajduje) za prawą przednią łapą. Nie było to po prostu przecięcie, otarcie czy coś podobnie delikatnego, to było... w sumie nie wiem jak to opisać, żeby nie brzmiało to brutalnie... było to poważniejsze rozcięcie, które według wujka wymagało szycia. Poszliśmy więc do weterynarza (była godzina 20:00) na szczęście lecznica była bardzo blisko. Czekaliśmy niecałą godzinę między ludźmi z kotami, umierającym starym pieskiem (*) i owczarkiem niemieckim. Eh.. jak ja nie lubię chodzić do weterynarza. Przed 21:00 nadeszła i nasza kolei. Wet od samego początku wydawał się ogarnięty i wykwalifikowany. Obejrzał ranę Aprilki i stwierdził że powstała ona już dobre kilka dni temu i nie nadaje się do szycia gdyż jest za płytka (uff). Podał Api zastrzyk przeciw zapalny, wygolił miejsce w okół rany i zalecił zalewanie jej Ryvanolem kilka razy dziennie. Aktualnie widać że rana się goi. 

Jednak wciąż nie wiem gdzie ona mogła się tak załatwić. Nie brała udziału w żadnej bójce a nie sądzę żeby jakiś pies zrobił jej to przez przypadek. Dziwne, że ja też niczego nie zauważyłam, ale w sumie Api zachowała się jakby nigdy nic - biegała, skakała, bawiła się a nawet pływała i nie wykazywała przy tych czynnościach żadnych oznak bólu. Humor też jak zwykle jej nie opuszczał. Dziwie się też jak mój wujek to wykrył ponieważ w takim futrze nie jest łatwo cokolwiek znaleźć. 

Myślę że tym akcentem zakończę pierwszą część warszawskich przygód. Już wkrótce więcej!

POZDRAWIAMY!
Gabi, April, Kaja.

12 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Musiałyście się świetnie bawić, widzę że April ma życie pełne wrażeń, co raz jakieś spotkania z psimi znajmomymi, moje psiaki i ja wam zazdrościmy :D. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękne zdjęcia, dobrze, że rany nie trzeba było szyć :)
    Pozdrawiamy!

    OdpowiedzUsuń
  4. Widać, że April musiała się całkiem dobrze bawić na tej wycieczce :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naturalnie pomijając ten incydent z raną.

      Usuń
  5. Udany ostatek wakacji, dobrze,że łapka już się goi :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Ciekawie :D
    Kazan jest ogroomny w porównaniu do April !
    A co do tej rany to faktycznie dziwnie , że nawet nie zapiszczała w tym czasie jak sobie to zrobiła itp. Może zahaczyła o coś ostrego ?

    OdpowiedzUsuń
  7. Ale miałyście fajnie ! :D Ja czekam na drugą część spotkania z Giną ^^Niestety czasem tak bywa, nikt nie zobaczy rany, która może być już od kilku dni, życzymy zdrowia ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Musiało być pewnie superowo :) Fajnie, że masz możliwość spotkania się z rodzeństwem April :) Jak zawsze piękne zdjęcia :>

    OdpowiedzUsuń
  9. Zazdroszczę możliwości poznawania rodzeństwa Api, ja dopiero niedawno odkryłam, że suczki z motu Bony pojawiały się na wystawach organizowanych w moim mieście i miałam okazję zobaczyć je na żywo, nie mówiąc już o umówieniu się na jakiś spacer. Kazan faktycznie wygląda na ogromnego w porównaniu do April! Dobrze, że skaleczenie nie było na tyle poważne, że trzeba było szyć i już się goi.

    OdpowiedzUsuń
  10. Takie wakacje to rozumiem. (:
    Korzystacie z każdej wolnej chwili, i bardzo dobrze!
    Rodzeństwo jest niezwykle podobne do siebie, ale rzeczywiście, różnica gabarytów jest dosyć znaczna.
    Co do rany, to chyba nie zdarza się za często, by pies wywinął coś na naszych oczach i zwykle obrażenia widać dopiero w domu. W każdym razie dobrze, że rana się goi.
    Lecę do następnej notki. :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Zostaliście nominowani do Libster Blog Award. Więcej szczegółów na naszym blogu :)

    OdpowiedzUsuń

NIE REKLAMUJ SIĘ W KOMENTARZACH!!