wtorek, 27 marca 2012

Uroki weekendów

Odrobinę późno by pisać o minionym weekendzie w końcu już prawie środa, ale niestety, czas to pieniądz nie. Ale myślę, że nie czujecie się tak strasznie poszkodowani :) Dobrze przejdźmy już do tematu dzisiejszego posta, a mianowicie ostatniego weekendu, który jak uważam był rekompensatą jeszcze wcześniejszego którego niestety przeleżałam w łóżku. Sobota tak jak i niedziela była ekstra! Ciepło, spacery i dużo zdjęć. W uwielbiany przezemnie dzień - sobotę - byłam z Kają i ze znajomą (w roli fotografa) na spacerze. Myślałam, że będzie on treningowy ale tak nas pochłonęło zdjęciowanie, że całkiem zapomniałam o treningu, a jak już nagle przypomniało mi się, żę przyszłam tu poćwiczyć posłuszeństwo to pies nie wykazywał chęci do współpracy przez powszechnie znane zmęczenie. Więc skupiłyśmy się na dalszym zdjęciowaniu. Do domciu wróciłyśmy zmęczone. Kaja ledwo dowlekła się do koszyka :) Dobrze już dość tego pisania dobrze wiem, że wolicie zdjęcia. Niestety albo stety Kaja ma same zdjęcia ze mną (fotograf się uparł) ale może to i dobrze, bo wcześniej mało miałyśmy wspólnych zdjęć.











 

To sobota. Za to w niedziele przeżyłam szok! Wyszłam na dwór z tatą porzucać frisbee (ciągle ćwiczę rzuty przygotowując się do nowego psa) No i rzucamy sobie a Kora uważnie nam się przygląda. Nie zwracałam na nią uwagi do czasu gdy nie wyskoczyła po frisbee z zamiarem złapania go co jej się nie udało, ale w ogóle wow, że się tym chociaż zainteresowała. Gdy tylko tato odrzucił mi dekla walnełam backhanda w stronę Kory a ona na niego z mordą. Co prawda nie udało jej się złapać, ale za kolejnym razem już trzymała go szczęśliwa w mordce :D Złapałam za dysk i zaczałam się z nią siłować i muszę przyznać, że to super zabawa szarpać się z psem. Szczególnie dla mnie, dla osoby która na codzień nie ma takiej możliwości. To sprawiło, że jeszcze bardziej nie mogę doczekać się psa. A wracając do frisbująciej Kory to nie sądziłam, że zaintryguje ją dysk, chociaż tak naprawdę można było się tego po niej spodziewać, ona lubi gry zespołowe. Gdy sama próbowałam zwrócić jej uwagę na frisbee marny był z tego pożytek, lecz gdy zobaczyła, że dwie osby mogą się w to bawić, ochoczo dołączyła :) Tak samo jest z babinktonem i piłką nożną. A po za szokującym wydarzeniem w niedziele ćwiczyłam jeszcze z Kają posłuszeństwo ale nie mam żadnych zdjęć. Więc na koniec zdjęcie Kory, bo mało jest o niej na tym blogu (Zdj, z listopada)


Sorry za zły kadr ;/

środa, 21 marca 2012

Posluszenstwo - Czyli w czym mój pies nie wymiata

Zawsze uważałam, że obedience jest dla psów z reguły spokojnych i nie próbujących poznać smaku kanapy lub innych domowych niezbędników. Wtedy mało wiedziałam o tym sporcie z resztą teraz też wiem nie wiele więcej, lecz pod wpływem pewnych sytuacji i okoliczności zmieniłam zdanie. Teraz uważam, że jest to sport dla mądrych i dobrze wytresowanych psów których właściciele uzbroili się w duuużo cierpliwości, bo z niektórymi psami (Mam na myśli swojego) ciężko jest uprawiać lub chociażby znać ten sport.

"W posłuszeństwie leżymy" - stwierdziłam wczoraj gdy Kaja po raz setny przybiegła do mnie po komendzie zostań. Po prostu ręce opadają. Nie wspomnę już o zostawaniu w terenie, to jest dopiero masakra. Mam wrażenie, że ona nie potrafi usiedzieć w miejscu. Z resztą nie tylko w "zostań" mamy problemy. Mam tu dla was taki opis każdej komendy i jak nam idzie jej wykonywanie :)) Siad-tu nie mam żadnych zarzutów, lecz nie potrafi z pozycji waruj z powrotem usiąść. Waruj-Nie zawsze reaguje na polecenie poprawnie, a z daleko (ok 2 metry) też jest ciężko, w ogóle komendy na odległość w naszym wykonaniu są do dupy. Wstań-Tą komendę wprowadziłam dopiero nie dawno (nie wiem czemu) więc są jeszcze z nią problemy, Kaja nie reaguje na sam głos, trzeba jej pomóc gestem. Zostań-w domu mogę odejść na jakieś 5 metrów i to nie zawsze, na naszym ogródku na najwyżej 3 metry, a w plenerze zaledwie mogę się cofnąć o jeden krok do tyłu. Nad tą komendą trzeba solidnie popracować, oj solidnie. Obejdź-Idzie nam dość dobrze, ale nie najlepiej, z małymi pomyłkami. chodzenie przy nodze-.....o tym nawet nie chce mi się wspominać... jest OKROPNE! Ale nie używamy często tej komendy więc Kaja nigdy się jej nie nauczyła i nie wiem czy jest nam potrzebna, przecież nie bierzemy udziału w zawodach,a od chodzenia przy nodze jest smycz. Z posłuszeństwa wymieniła wszystkie główne komendy oprócz aport oczywiście, bo Kaja nie jest zabawkowa. Więc podsumowując jest kiepsko, ale próbujemy to naprawić. Na początek pozamieniałam niektóre komendy na bardziej charakterystyczne lub skrócone np: Wstań na Wsta, obejdź na dźźź itp. Może wkrótce to i ciężka praca przyniosą jakieś efekty, przynajmniej na to liczę. Jednak czasami nadal mam wrażenie, że Kaja nie nadaje się do posłuszeństwa jest za bardzo "żywa" lecz w końcu to jest całą sztuka - żeby umieć zapanować nad psem.Mam jeszcze dzisiejsze zdjęcia i jestem szczęśliwa bo Kaja bez problemu weszła na trawkę i ćwiczyła :))







piątek, 16 marca 2012

Sztuka bycia szczęśliwym

Pisać, nie pisać? A może jednak pisać? Zachowuje się jak by był to życiowy dylemat, ale przecież wcale tak nie jest. Przesadzam ja zwykle. Dlatego nie przedłużając już więcej pisze:

Szczęście. Pojęcie ogólnie znane ale czy każdy potrafił by powiedzieć co to dokładnie znaczy? Raczej nie. W końcu dla każdego to słowo oznacza co innego. Trudno jest też doświadczyć tego upragnionego stanu, bo w życiu jest zasada coś za coś, więc jak by się temu dobrze przyglądnąć w praktyce nigdy nie będziemy szczęśliwi. Zawsze będzie czegoś za mało. Pewnie niektórym dojście do tego stanu wydaje się wręcz nie możliwe. Jednak powiem Wam, że rozwiązanie tkwi w szczegółach. Nie będziemy szczęśliwy zawsze ale możemy doświadczać CHWIL szczęścia. Sama zresztą nie dawno sobie to uświadomiłam. Czwartek 15 Marca. Wyszłam jak prawie codziennie na spacer z psem, jednak pogoda była tak wspaniała, że postanowiłam, że spacer zmieni się w długi spacer, który mógł jak się potem okazało trwać wiecznie jednak kiedyś trzeba było wrócić do domu :).  Szłyśmy na stare boisko do piłki nożnej, chciałam nakręcić materiał do marcowego filmu i zrobić kilka zdjęć. Nie sądziłam, że przedwiosenny zachód słońca i pies idący przedemną może mi sprawić tyle przyjemności. Chwile szczęścia zaczęły się od zwykłej, prostej rzeczy, od zrobienia zdjęcia o którym marzyłam. Potem już tylko rozkoszowałam się tym, że idzie wiosna, że Kaja idzie ze mną i że właściwie wreszcie nauczyłam się cieszyć z niczego! Bo w tym tkwi cały problem! Żeby być szczęśliwym trzeba widzieć szczęście w małych rzeczach np: W spacerze z psem czy udanej sesji zdjęciowej, bo dopóki się tego nie nauczysz nie masz co liczyć, że dowiesz się co to szczęście...

Oto i zdjęcie z którego się tak cieszyłam:

Post jakoś taki mało o Kai ale może niektórym coś uświadomi, mam taką nadzieje :))

piątek, 9 marca 2012

Wielo wymiarowo...

Na początku przedstawię Wam pewną osobę bez której nie napisała bym tego posta, gdyż udzieliła mi informacji o których nie miałam pojęcia i przez to otworzyła mój umysł na rzeczy które wcześniej dla mnie były co najmniej przerażające. Jest nią moja nauczycielka geografii. Na pozór zwykła pani ok. 50-ego roku życia, lecz nie specjalizuje się tylko w geografii. Posiada dużo wiedzy na temat wszechświata i zjawisk paranormalnych. Wiele lekcji przegadała z nami na ten temat i może niektórzy powiedzieli by, że to jakaś wariatka, ale ja po części jej wierzę. Zwłaszcza, że często tego doświadczam...

Jeden z wielu jej wykładów był o nakładaniu się na siebie wymiarów, przez co niektórzy ludzie mogą widzieć coś czego nie powinni. Ja na szczęście nie należę do tego wąskiego grona w przeciwieństwie do mojego psa. Czasami zdaje mi się, że na coś patrzy, lecz kiedy zniżę się do jej poziomu nie mogę dostrzec nic co mogło by ją zainteresować, w moim mniemaniu Kaja patrzy w przestrzeń. Powtarzało się to wiele razy, aż w końcu na pewnej lekcji geografii spytałam się pani, czy psy podobnie jak dzieci mogą widzieć rzeczy których normalni ludzie nie widzą. Pominę już, że tym pytaniem uruchomiłam co najmniej piętnastominutowy wykład o podobnych przypadkach w wykonaniu nauczycielki na lekcji geografii, ale odpowiedź otrzymałam twierdzącą. W sumie przyzwyczaiłam się do tego jej dziwactwa, lecz czasami bywa to lekko przerażające. Na przykład gdy leży sobie spokojnie w pokoju a nagle podnosi gwałtownie głowę i patrzy się w jeden punkt. Psy robią tak jak usłyszą jakiś podejrzany dźwięk, jednak ja jestem przekonana, że to nie tylko sprawa słuchu. Ostatnio na spacerze biegała sobie normalnie w pewnej chwili stanęła nieruchomo i pognał patrząc sie w przód jak by zobaczyła kota, lecz przed nią nic nie było. Zatrzymała się po chwili i przybiegła do mnie jak po nagrodę. Nie wiem co ona przegoniła, może jakiegoś stwora z innego wymiaru, może na siebie nałożyły się te same wymiary ale o innej godzinie,w takim układzie jak najbardziej mogła widzieć kota zwłaszcza, że potem do mnie przybiegła a taki sam rytuał wykonuje w przypadku przestraszenia mruczka, ale może po prostu miała taki kaprys, nie wiem, ale jednego jestem pewna. Mój pies nie jest normalny :)



Więc pamiętajcie, rzeczywistość którą znacie i widzicie może wcale nie jest taka rzeczywista jak Wam się wydaje, a na pewno nie jest tą jedyną. Więc kiedy wasz pies zapatrzy się w jeden punkt, lub przepędzi jakiegoś niewidzialnego kota to przypomnijcie sobie ten post, bo może i twój pies widzi to czego nie widzisz ty.

sobota, 3 marca 2012

Kundel agilitujący

Mam nadzieje, że zapomnicie o tej ostatniej pesymistycznej notce, bo mogę powiedzieć, że jest już dobrze. Wybaczcie, po prostu czasami trzeba coś takiego napisać żeby zwyczajnie poczuć się lepiej. To się nazywa pokonywanie problemów a ja dopiero się tego uczę. W końcu nawet jak uda ci się otworzyć jedne drzwi to potem i tak prędzej czy później napotkasz drugie. I tak przez całe życie.
Dobrze. Przejdźmy już do konkretów i zostawmy temat życiowych mądrości. Otwieramy tegoroczny sezon agility! Dwa treningi w plenerze mamy już za sobą i mamy także nowy tor tym razem z rurek PCV =) Swoją drogą to nie wiem dlaczego nie zdecydowałam się na to wcześniej, to takie praktyczne. Jednak nie obeszło się bez komplikacji. Chyba z trzy razy jeździłam z rodzicami do Castoramy, bo ciągle mi czegoś brakowało. Gdyby nie interwencja taty pewnie dalej bym się z tym męczyła. Jednak jego pomysł też nie okazał się niezawodny, ale nie będę się teraz rozpisywać, gdyż ten problem dzisiaj został naprawiony. Wszystko chodzi już tak jak trzeba.

Zanim przejdę do opisu treningów, wyklikam jeszcze taką małą dygresję. Otóż wszystko juz jest pewne i jedziemy z Kają na obóz "Przyjaciel Pies na wakacjach" <KLIK>. Strasznie się ciesze na ten wyjazd, nareszcie zasmakujemy trochę psich sportów. Trochę, bo będzie to obóz bardziej amatorski. (Jeśli ktoś zechce jechać, proszę się zapisywać, będzie mi niezmiernie miło!)

Piątek 2 marca - Kaja miała ogromny entuzjazm i umiała się skupić, jednak pogoda nam nie dopisała. Strasznie wiało, przez co niedopracowane przeszkody się przechylały i ciężko było ustawić tyczkę. Pięknie radziła sobie w slalomie, lecz ja zdaje się, że pomyliłam wejścia do slalomu lub jakoś dziwnie go ustawiłam. Trenowałyśmy nad stawem, niedaleko domu.





Sobota 3 marca - Pogoda wspaniała. Słońce i bezchmurne niebo, lecz kaja nie paliła się do współpracy :/ Trochę poskakałyśmy i tyle. Trenowałyśmy obok stawu bo koło niego kręcili się jacyś rybacy którzy też nas rozpraszali. Zastanawiam się gdzie będziemy agilitować latem, gdy staw będzie oblężony rybakami, a znając rybaków zaraz będą się czepiali, że ryby płoszę albo niszczę im ziemie wbijając przeszkody (w czym jak się domyślam ziemia wcale nie należy do nich) Także mamy taki mały problem z miejscem.


To tyle. Jeszcze na koniec napiszę, że po dzisiejszej krótkiej rozmowie z tatą mam przeczucie, że on planuje zakup psa dla mnie. Ale to na razie teoria :)
Życzę miłego weekendu!